Bogdan Sölle o pracy na planie serialu

Łódź, 20 grudnia 2010 r.

Pan Bogdan Bernacki
Prezes Klubu Miłośników Stawki

Szanowny panie Bogdanie!

Minęły 42 lata od mojej pierwszej pracy w filmie w charakterze scenografa – zadebiutowałem latem 1968 roku w ekipie realizującej „Stawkę większą niż życie”. Potem projektowałem scenografie do kilkudziesięciu filmów fabularnych, telewizyjnych i seriali, dlatego wiele spraw uleciało z mej pamięci. Postaram się jednak możliwie precyzyjnie odtworzyć wszelkie szczegóły z okresu mojej pierwszej przygody filmowej.

W 1967 roku ukończyłem Studium Scenografii na Wydziale Malarstwa i Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i rozpocząłem pracę w teatrze. Nie mogłem jednak oprzeć się magii filmu, dlatego gdy zaproponowano mi pracę przy realizacji „Stawki większej niż życie”, nie zastanawiałem się długo i przyjechałem do Wrocławia. Dołączyłem do ekipy w trakcie produkcji serialu, wszystko zatem było dla mnie nowe. Moim szefem był scenograf Zdzisław Kielanowski, z którym bezpośrednio współpracowałem. Musiałem bardzo szybko zapoznać się z tokiem produkcji: należało trzymać się harmonogramu zdjęć i z wyprzedzeniem szukać kolejnych obiektów zdjęciowych, czym zajmowałem się wraz ze Zdzisławem Kielanowskim. Jednocześnie na bieżąco przygotowywałem wszystkie niezbędne elementy scenograficzne adaptacji wnętrz i plenerów. A było ich mnóstwo: od wszelkiego rodzaju niemieckich napisów, szyldów, adaptacji czołgów, bunkrów, pojazdów mechanicznych (motocykle, samochody, wagony kolejowe) po flagi, godła, plakaty, budki strażnicze, zapory, wszelkie oznakowania, nazwy ulic oraz drobne rekwizyty pojawiające się na ekranie (paczka papierosów, zapalniczka, dokumenty, gazety, papiery urzędowe). O to wszystko musi zadbać scenograf, unikając anachronizmów, błędów historycznych i językowych. Jest on bowiem autorem oprawy plastycznej filmu, czyli w jego gestii leży wszystko, co widzimy na ekranie – poza aktorem, którym zajmują się kostiumograf i charakteryzator. Scenograf, oczywiście, współpracuje z nimi, lecz  to on jest odpowiedzialny za całość. Musi stworzyć na tyle wiarygodną rzeczywistość filmową, by przekonać widza do epoki i miejsca akcji. Wiele wspomnianych rekwizytów filmowych, szczególnie napisów i szyldów, wykonywałem własnoręcznie, gdyż mój szef odkrył, że czynności te nie sprawiają mi żadnych kłopotów – nawet wykonywanie napisów gotykiem czy szwabachą. Umiejętność tę opanowałem podczas studiów, albowiem liternictwo było jednym z poważnie traktowanych przedmiotów.

Zakwaterowano mnie w domu studenckim na placu Grunwaldzkim w dwóch pokojach. Jeden z nich był pracownią, do której dostarczano podobrazia szyldów (czasem po kilkanaście dziennie). Malowałem je niekiedy do późnych godzin nocnych. Było lato, a ja nie mogłem otworzyć okien, gdyż do pokoju wpadały chmary komarów. Plaga tych owadów była szczególnie uciążliwa w czasie zdjęć wieczornych – wabiło je silne światło reflektorów. Z wykonywanych przeze mnie szyldów i napisów szczególnie zadowolone było kierownictwo produkcji filmu, gdyż nie było konieczności zlecania tej pracy innym wykonawcom i dzięki temu oszczędzano spore pieniądze. Posługiwaliśmy się różnego rodzaju dokumentacją ikonograficzną, ale i autentycznymi rekwizytami, m.in. oprawioną w skórę książeczką oficera Abwehry, która była skarbnicą wiedzy dla scenografa o wszelkiego rodzaju służbach, ich oznakowaniu, dystynkcjach i innych szczegółach wojskowych, a nawet o oznakowaniu samochodów i rejestracji poszczególnych landów i miast niemieckich. Kostiumograf Ludwina Mann dysponowała z kolei obszernym, ilustrowanym, kolorowym wydawnictwem austriackim dotyczącym umundurowania, odznak i wszelkich szczegółów wszystkich wojskowych formacji niemieckich. Dzięki temu mundury w „Stawce” wyglądają tak znakomicie. Cześć z nich była zresztą autentyczna – wypożyczone zostały z Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi, w której magazynach znalazły się po zakończeniu wojny.

Gdy mój szef wyjeżdżał np. do Łodzi na poszukiwania kolejnych miejsc zdjęciowych, cała odpowiedzialność scenograficzna za zdjęcia spadała na mnie – drugiego scenografa-asystenta. Bywało, że musiałem improwizować na planie zdjęciowym. Jeśli reżyser wymyślił fragment nowej inscenizacji, posiłkowałem się wtedy wieloma przygotowanymi wcześniej elementami scenograficznymi, jeżdżącymi w wozie dyżurnym na każdy plan zdjęciowy. Improwizacja scenograficzna musiała się udać, ponieważ reżyser i członkowie ekipy nie mogli czekać. Wyzwania takie były i stresujące, i dopingujące. Współpraca z kierownikami produkcji Mieczysławem Wajnbergerem oraz Mieczysławem Fersterem, reżyserami Andrzejem Konicem oraz Januszem Morgensternem i operatorem Antonim Wójtowiczem układała się znakomicie. Ekipa była jakby wielką rodziną. Wszyscy pomagali sobie i każdemu zależało, aby film wypadł jak najlepiej – tym bardziej, że była to w tamtym czasie znacząca produkcja.

Rok 1968 był burzliwy politycznie: zdjęto z afisza „Dziady” w Teatrze Narodowym, wybuchły protesty studenckie, latem zdławiono „praską wiosnę”. W pamięci utkwiła mi taka scena: cała ekipa oczekiwała przed budynkiem wytwórni wrocławskiej na transport na plan zdjęciowy, gdy nagle nad głowami zobaczyliśmy samoloty lecące na południe – w parach, niekończącym się sznurem. Nikt nie miał wątpliwości, że kierują się do Czechosłowacji w wiadomym celu. Powiało zgrozą, w ekipie zapanował nastrój przygnębienia, do wielu z obecnych powróciły wojenne wspomnienia, jednak zdjęcia tamtego dnia musiały się odbyć...

Filmu nie kręci się chronologicznie, gdyż z reguły jest to niemożliwe. Utrudnienia są różnorakie: aktorzy mając inne zobowiązania, np. teatralne, odległości między obiektami zdjęciowymi są znaczne, trzeba przerzucić ekipę czy przygotować adaptację wnętrz i plenerów, czasami nakręcenie zdjęć w odpowiednim czasie uniemożliwia nieodpowiednia pogoda. Kręci się zatem poszczególne sceny filmu, nawet odległe w narracji, a łączeniem ich w całość dramaturgiczną zajmuje się montażysta. W mojej filmografii na stronie www.filmpolski.pl odnotowano, że pracowałem przy czterech odcinkach serialu: „Hasło” (11), „Zdrada” (12), „Bez instrukcji” (13), „Poszukiwany gruppenführer Wolf” (18). Jednak z podanych wyżej powodów miałem swój udział w przygotowaniu kilku scen do odcinków „W imieniu Rzeczypospolitej” (10) i „Akcja – «Liść dębu»” (16). Będzie mi dość ciężko precyzyjnie zlokalizować obiekty zdjęciowe z wszystkich wymienionych odcinków, gdyż – aż wstyd się przyznać! – nie oglądałem „Stawki” od wielu lat. Spróbuję jednak jakoś to poskładać.

W odcinku „Zdrada” na ekranie pojawia się peron I Dworca Głównego PKP we Wrocławiu. Wymagał on sporych adaptacji scenograficznych: wykonania napisów, przygotowania szyldów informacyjnych, oznakowania peronów, adaptacji wagonów kolejowych napisami i gapą. Adaptowana była także stojąca na peronie budka zawiadowcy, na szybach której malowałem napisy niemieckie. Na wrocławskim dworcu nakręcono kilka scen, o których jest mowa na Waszej stronie: pościg za łącznikiem i jego samobójstwo (w postać tę wcielił się Krzysztof Fus – jeden z pierwszych kaskaderów polskich, legenda w tym zawodzie), wejście na peron Christin Kield, scenę z Christin Kield i Fritzem Schabe przy bocznym wyjściu z dworca Berlin Ostbahnhof i zamykającą odcinek „Zdrada” scenę z łączniczką i Klossem.

BS_1

Lipiec 1968 roku, na peronie I Dworca Głównego PKP we Wrocławiu trwają przygotowania do realizacji ujęcia z odcinka „Zdrada”. Na drezynie od lewej: scenograf Bogdan Sölle (w białej koszuli i papierosem w dłoni), Zdzisław Brejtkopf, II kierownik produkcji (przy kamerze) i Zbigniew Czajkowski, szwenkier, czyli operator kamery (siedzi w fotelu turystycznym). Zdjęcie z archiwum Andrzeja Konica

Na archiwalnym zdjęciu stoję tyłem z nogą na krawędzi drezyny. Fotografia ta przypomniała mi, dlaczego tam się znalazłem. Miałem zwyczaj lustrowania planu zdjęciowego po jego zaadaptowaniu z punktu widzenia kamery. Zdarzało mi się też spojrzeć na plan przez obiektyw i skorygować ewentualne niedociągnięcia. Na zdjęciu spoglądam na plan zdjęciowy z góry, paląc przy okazji papierosa. Byłem w dobrej komitywie ze stojącym przy kamerze Zdzisławem Brejtkopfem oraz siedzącym w fotelu Zbigniewem Czajkowskim, z którym zaprzyjaźniłem się w czasie pobytu we Wrocławiu. Robiliśmy „ujęcia scenograficzne”, czyli bez uruchamiania kamery sprawdzaliśmy, czy w obiektywie są widoczne elementy scenograficzne. Czasem trzeba było lekko obniżyć któryś z szyldów lub napisów lub przesunąć dany element trochę w prawo albo w lewo.

Budynek Dyrekcji PKP we Wrocławiu „zagrał” w odcinku „Zdrada” siedzibę Gestapo. Adaptacja polegała na zawieszeniu w pionie ogromnych flag niemieckich na całą wysokość budynku, potężnej, wypukłej gapy nad wejściem, a pojawiające się w filmie samochody i motocykle wymagały przemalowania, zawieszenia tablic rejestracyjnych oraz oznaczeń. Natomiast ujęcia we wnętrzu budynku Gestapo (hol, schody) nakręcono w Pałacu Poznańskiego (obecne Muzeum Miasta Łodzi). Nawiasem mówiąc, w czasie wojny Niemcy przebudowali ten hol dla swych potrzeb, zatem jego charakter odpowiadał potrzebom filmu.

BS_2

Adaptacja scenograficzna wrocławskiego Pałacyku, czyli siedziby Abwehry z odcinka „Zdrada”. Zdjęcie z archiwum Andrzeja Konica

Kolejny obiekt z odcinka „Zdrada” to berlińska siedziba Abwehry. Zdjęcia kręciliśmy przed wrocławskim Pałacykiem, w którym mieścił się wtedy klub studencki i swoją siedzibę miało ZSP. Doskonale pamiętam wieszanie flag niemieckich z balkonu nad kolumnadą i aranżację otoczenia. Dyżurni powiesili jedną z flag ze swastyką odwrotnie, nie z tej strony drzewca. Zauważyłem to tuż przed realizacją ujęcia, na planie zrobiło się małe zamieszanie. Reżyser podziękował mi za dostrzeżenie pomyłki, na którą nikt inny nie zwrócił uwagi.

BS_3

Lipiec 1968 roku, nocne ujęcia przed wrocławskim Teatrem Lalek. Od lewej: Beata Tyszkiewicz, Alicja Sędzińska i Adolf Chronicki. Zdjęcie z archiwum Andrzeja Konica

Przypominam sobie też zdjęcia na zewnątrz Teatru Lalek, będącego filmowym miejscem występów Christin Kield, którą grała młodziutka Beata Tyszkiewicz. Stawialiśmy jakiś słup ogłoszeniowy z plakatami i afiszami o jej występach, adaptowano gabloty i otoczenie teatru. Pamiętam, że wykonywałem plakaty zapowiadające występ szwedzkiej śpiewaczki. Użyte one zostały w kilku innych miejscach, m.in. przed bocznym wyjście z filmowego dworca Berlin Ostbahnhof.

Należałoby wspomnieć też o zdjęciach w restauracji hotelu Monopol, czyli filmowym „Złotym Smoku” z odcinka „Zdrada”. W tamtym czasie wnętrze hotelu i wystrój restauracji nie zmieniły się zasadniczo od czasów wojny. Hotel miał swój styl; doskonale pamiętam piękną, kutą w metalu balustradę klatki schodowej ze złoconymi elementami. W hotelu tym wiele lat później realizowaliśmy zdjęcia do serialu „Misja” w reż. Pawła Komorowskiego. To świetny obiekt zdjęciowy.

Pirotechnik miał w czasie realizacji zdjęć do filmu mnóstwo pracy, czasami niebezpiecznej – chociażby w obiekcie „kamienica berlińska Christin Kield”. Pamiętam piękną klatkę schodową tej kamienicy i równie ciekawe, oszklone drzwi wejściowe filmowego mieszkania. Byłem na planie zdjęć nocnych w czasie kręcenia sceny zejścia Klossa po piorunochronie z balkonu mieszkania Christin i wybuchu bomby podłożonej w mieszkaniu. Tak naprawdę Kloss schodził z balkonu mieszkania po drabince sznurowej ukrytej w zagłębieniu domu i zamaskowanej rosnącym na ścianie winobluszczem. Maskowanie ułatwiała nocna sceneria i odpowiednie oświetlenie. Natomiast wybuch bomby został nakręcony dwa razy. Ładunek pirotechniczny nie mógł być, oczywiście, umieszczony w mieszkaniu. Ze względów bezpieczeństwa pirotechnik umieścił go na balkonie pierwszego piętra. Pierwsze ujęcie niezbyt się udało. Wybuch był mało efektowny: błysk niemal niewidoczny i dymu niewiele, na co zwrócił uwagę reżyser Andrzej Konic. Pirotechnik przygotował zatem mocniejszy ładunek z większą zawartością magnezji i środków zadymiających. Padła komenda: „Kamera! Akcja!” i nastąpił potężny wybuch. Ujęcie było bardzo efektowne filmowo, ale ambitny pirotechnik nieco przesadził, bowiem skutki okazały się dość poważne. Wybuch spowodował, że część okien balkonowych wpadła do wnętrza mieszkania. Natomiast nieprawdą jest jakoby wypadły szyby z mieszkań okolicznych domów! Gdyby tak się stało, mogłaby ucierpieć znajdująca się w pobliżu ekipa filmowa. Wszelkie straty powstałe w wyniku wybuchu pokryło kierownictwo produkcji filmu.

Filmowa willa prof. Porschatta z odcinka „Bez instrukcji” to ówczesna willa hrabiego Wojciecha Dzieduszyckiego. Byłem w tym modernistycznym obiekcie z lat międzywojennych z moim szefem Zdzisławem Kielanowskim – poszukiwaliśmy wtedy w cichym zakątku Wrocławia kolejnego obiektu zdjęciowego. Willa bardzo się nam spodobała, a rozmowa z właścicielem była miła i serdeczna. Pan Dzieduszycki opowiadał nam, że w czasie wojny mieszkał w niej jakiś admirał niemiecki lub wysokiej rangi oficer marynarki. Kiedy tuż po wojnie hrabiemu Dzieduszyckiemu chciano odebrać ten stylowy dom, zawiesił na bramce szyld Towarzystwa Chopinowskiego i to uratowało obiekt przed konfiskatą. Willa była bogato wyposażona w piękne, stylowe meble i drobiazgi, które wskazywały, że jej mieszkaniec interesuje się morzem. Praktycznie prawie wcale nie adaptowaliśmy tego wnętrza, ponieważ znajdowało się w nim wszystko, co było konieczne do realizacji planowanych scen. W ujęciach nakręconych w tym obiekcie widoczne są na zbliżeniach notatki profesora Porschatta. Sporządziłem je własnoręcznie, jako rekwizyt. Natomiast odkryte w ubiegłym roku przez członków Klubu Miłośników Stawki ślady po ładunku pirotechnicznym to rzeczywiście ślad po efekcie strzału – nikt nie odważyłby się strzelać prawdziwym nabojem.

Warto wspomnieć o wrocławskich zdjęciach do odcinka „Bez instrukcji” na Wydziale Automatyzacji Politechniki Wrocławskiej. W oszklonej sterowni, za której oknem była wielka hala ze skomplikowaną, lecz niską maszynerią, nakręcono sceny w niemieckich zakładach Porschatta. By uzyskać efekt ogromu tych urządzeń, ustawiliśmy za szybami pomosty, a na nich atrapy różnej maszynerii, przewodów, zbiorników w zmniejszonej skali – tak, że widoczne od strony oszklonego wnętrza sprawiały wrażenie kolosalnych urządzeń. Takie działanie scenograficzne nazywamy „domakietą”. Kiedyś było ono dość często stosowane, dzisiaj efekty tego typu uzyskuje się komputerowo.

Z kolei sceny zniszczenia zakładów Porschatta zrealizowaliśmy w Łodzi, na lotnisku Lublinek – w Remontowych Zakładach Lotniczych. Tam właśnie adaptacji poddane zostały budynki oznaczone tablicami „Abtailung A”, „Abt. B” itd. Były też budki strażnicze, szlaban przy wjeździe, a wewnątrz jednego z budynków – „tablica rozdzielcza”, której szybę tłucze Kloss i stopniowo wysadza zakłady w powietrze. Także na Lublinku zrealizowana została scena oczekiwanego zrzutu z odcinka „Hasło”. Były to zdjęcia nocne z efektami pirotechnicznymi. Natomiast scena upadku z urwiska von Vormanna, którego grał go Leszek Herdegen – mąż Lidii Zamkow, aktorki i reżyserki z Krakowa, została nakręcona przy okazji innych zdjęć łódzkich w starej żwirowni zlokalizowanej na wylocie z Łodzi w kierunku Warszawy.

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w Łodzi. Odcinek „Hasło” otwiera scena, w której kolejarz podaje Klossowi hasło o kasztanach z placu Pigalle. Została ona zrealizowana na stacji Łódź Kaliska, a konkretnie na znajdującym się najbliżej budynku dworcowego peronie I. Pamiętam, że prace adaptacyjne przeprowadzałem wspólnie ze Zdzisławem Kielanowskim. W tamtym czasie na stacji Łódź Kaliska istniało jeszcze autentyczne zadaszenie i podtrzymująca je żeliwna kolumnada z czasów Kolei Warszawsko-Kaliskiej, ceglany budynek zdobiły okna z podziałem w drobną kratę, także metalową. Architekturę tego dworca zniszczono, niestety, „unowocześniając” go w 1994 roku. Uważam to za skandal, gdyż gmach ten spełniał warunki przemysłowego obiektu zabytkowego.

Wrocławski Ostrów Tumski to miejsce wielu ujęć filmowych do kilku odcinków („Hasło”, „Poszukiwany gruppenführer Wolf”, „Akcja – «Liść dębu»”) oraz jeden z największych i najtrudniejszych planów zdjęciowych. Ciągnął się około 200 metrów od mostu Tumskiego, zatem było mnóstwo pracy scenograficznej. Ulice zagracone zostały pogubionym przez opuszczających filmowe miasto sprzętem (meble, wózki, walizki, pościel, pierzyny, książki, papiery, pierze). Setki rekwizytów miały sprawiać wrażenie ucieczki Niemców. W pootwieranych oknach domów miały widnieć zwieszające się firanki, jakieś szmaty i... białe flagi, których w konsekwencji zabrakło. Reżyser chciał więcej! Wpadłem na pomysł, by udać się do pobliskiego żeńskiego klasztoru. Siostrzyczki wiedziały o zdjęciach i gdy wyjaśniłem, o co mi chodzi, wypożyczyły obrusy i prześcieradła. Scenografia została uratowana. Dodaliśmy napisy niemieckie na murach domów, stosowne nazwy ulic i trochę szyldów niemieckich. Kolejną adaptacją były rosyjskie czołgi T-34 maskowane malowanymi w morę fragmentami dopasowanej sklejki i gałęziami drzew. Wszystkie te elementy pojawiają się w scenach ucieczki Niemców i wkroczenia do miasta Amerykanów. Jak wiemy, na zaadaptowanym fragmencie Ostrowia Tumskiego Kloss przejeżdża motocyklem, a na ulicy Adolf Hitler Strasse rozgrywa się scena z wartownikiem. Kręcenie tej sceny obserwowało mnóstwo gapiów, z którymi był duży kłopot. Jakaś wycieczka niemiecka namiętnie próbowała fotografować plan zdjęciowy, co było zabronione. Nie pomagały perswazje, dlatego interweniowała milicja, grożąc konfiskatą aparatów fotograficznych.

BS_4

Scenograf Bogdan Sölle (drugi z lewej) na Ostrowie Tumskim zaadaptowanym do realizacji ujęć. Zdjęcie z archiwum Bogdana Sölle

Ta część Ostrowia Tumskiego utkwiła mi w pamięci z powodu pewnego incydentu. Kręcona była chyba scena przed filmowym więzieniem w Saint Gille. Tłum gapiów otaczał plan zdjęciowy. W trakcie kolejnego „dubla” (powtórka sceny), w którym padały serie wystrzałów, stojący kilka kroków ode mnie młody człowiek upadł na bruk i po chwili wstrząsały nim drgawki. Sytuacja była groźna, bo w tłumie rozległy się głosy, że został postrzelony! Było to niedorzeczne, objawy wskazywały bowiem na padaczkę. Zjawił się kierownik planu i po kilku minutach – lekarz z dyżurującej na planie karetki pogotowia. Zabrano nieszczęśnika, u którego silne emocje wywołał widok „prawdziwej strzelaniny” z okresu wojny i huk wystrzałów.

Zdjęcia willi le Trou z odcinka „Hasło”, odkrytej niedawno przez najbardziej wytrwałego fana „Stawki”, przypomniały mi zdjęcia kręcone w tym obiekcie. To wtedy miał miejsce największy atak komarów na ekipę filmową. Trudno było wytrzymać na zewnątrz przy zapalonych reflektorach, bowiem nieustannie atakowały nas chmary owadów. Ujęcia kręcono na zewnątrz i wewnątrz budynku. Urządzałem wnętrze domu w ten sposób, by miało francuski charakter i aby drobiazgi przypominały, że willa leży w nadmorskiej części Francji. Operator chciał mieć efekt latarni morskiej, której światło cyklicznie wpadało przez okno. Zbudowałem za oknem z ekipą stolarzy rodzaj wyciemnionej klatki, obitej czarnym aksamitem, a operator wstawił silny reflektor, imitujący latarnię morską. Efekt udał się znakomicie. Można go dostrzec podczas na poły lirycznej rozmowy Hansa Klossa z Jeanne Molle.

Utkwiła mi też w pamięci adaptacja scenograficzna jednego z wrocławskich mostów, prawdopodobnie Bolesława Chrobrego – obiektu z odcinka „Akcja – «Liść dębu»” . Po obu stronach mostu ustawialiśmy atrapy betonowych bunkrów i zapory (kozły hiszpańskie), przygotowane wcześniej w pracowniach wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Według scenariusza most miał być przygotowany do wysadzenia, nie wiedzieliśmy jednak, jak dostać się do betonowych filarów w głębokim nurcie rzeki, aby wybudować pomosty z ładunkami trotylu. Kierownictwo produkcji załatwiło uruchomienie jakieś śluzy i woda pod mostem opadła. Mieliśmy mało czasu. Ekipa stolarzy pracowała w pośpiechu z pomocą plutonu saperów z wojska, pontonów i drewnianych skrzyń amunicyjnych, zawierających jakoby trotyl w postaci pomalowanych kostek drewnianych. Tych skrzyń było dużo, a w czasie przenosin cześć z nich otworzyła się i wysypały się owe „kostki trotylu”. Wszyscy zbieraliśmy je do skrzyń i w jednej znalazło się jakieś dziwne opakowanie, w którym znajdowało się coś ciastowatego, przypominającego konsystencją kit do okien. Po obejrzeniu tego czegoś dowódca plutonu saperów zbladł i dziwnie się zmieszał. Potem okazało się, że był to plastik – silny materiał wybuchowy. Nie wiadomo, dlaczego znalazł się wśród skrzyń-rekwizytów. Na drugi dzień nikt z wojska nie przyjechał do pomocy... Domyśliliśmy się, dlaczego.

Przypominam sobie także zdjęcia obok pięknego zakola Odry, udającego filmowy zalew w letnisku Arnswalde z odcinka „Bez instrukcji”. Funkcjonował tam bodajże klub jachtowy i wypożyczalnia kajaków. Miejsce nie wymagało większych adaptacji scenograficznych, było obiektem-samograjem, spełniającym warunki scenariusza. Natomiast dworzec w Arnswalde, czyli stacja PKP Wrocław Leśnica, wymagał sporych adaptacji scenograficznych (napisy plakaty, nazwy peronów itp.). Podobnym „samograjem” był pojawiający się w tym samym odcinku ogród zoologiczny. Nie jestem pewien, ale chyba wymieniałem polskie nazwy zwierząt na niemieckie.

Bardzo wielu osób, z którymi współpracowałem podczas kręcenia „Stawki większej niż życie” nie ma już wśród nas, m.in.: Andrzeja Konica, reżysera, Zdzisława Kielanowskiego, mojego ówczesnego szefa, Tatiany Manżett, dekoratora wnętrz, Zdzisława Rolińskiego, nadzorującego wykonywanie zaprojektowanych elementów scenograficznych w pracowniach wrocławskiej wytwórni, Stanisława Mruzgały, kierownika budowy dekoracji. Prawdopodobnie nie żyje też Mieczysław Wajnberger, kierownik produkcji serialu. Niedługo po zakończeniu realizacji serialu, prawdopodobnie pod koniec 1969 roku, zmuszony został do wyjazdu z Polski – padł ofiarą histerycznej nagonki antyżydowskiej. Jest to według mnie najbardziej wstydliwa karta współczesnej historii Polski. Wypędzono, a właściwie zmuszono do deportacji, wielu wspaniałych fachowców, artystów, naukowców, ludzi, których jedyną winą było – według ówczesnych władz – pochodzenie. Przypominało mi to moją historię rodzinną z czasów wojny. Urodziłem się w Warszawie w 1940 roku, po upadku Powstania Warszawskiego przymusowo deportowano moją matkę, mnie i brata na teren Rzeszy do obozu typu koncentracyjnego. Tam też znalazły się dwie moje babcie. Ojciec – powstaniec warszawski – zginął podczas walk w stolicy. Obóz wyzwolili Amerykanie, do Polski wróciliśmy w 1946 r. Ale to tylko dygresja...

Z Andrzejem Konicem współpracowałem w 1974 r. podczas realizacji filmów „Gra” „Uszczelka”, „Gąszcz” i „Broda” (z cyklu „ Najważniejszy dzień życia”), w 1975 roku przy filmie fabularnym „W te dni przedwiosenne” oraz w 1978 roku przy dziewięcioodcinkowym serialu „Życie na gorąco”. Autorem zdjęć w tych filmach był Antoni Wójtowicz, realizator zdjęć do „Stawki”. Byli to wspaniali filmowcy i wspaniali ludzie. Z wieloma ludźmi, których poznałem w czasie realizacji „Stawki”, spotykałem się później przy realizacji innych filmów. W tamtych czasach w skład ekipy wchodzili autentyczni pasjonaci filmu. Nawet pracownicy wykonujący podstawowe czynności, jak malarze czy stolarze, opowiadając o swojej pracy mówili: „jak robiłem  film...”. Oni rzeczywiście robili film, cieszyli się z uczestniczenia w jego powstawaniu filmu. Poza tym byli świetnymi fachowcami, posiadającymi umiejętności bezcenne dla produkcji filmu.

Od kilku lat jestem formalnie na emeryturze, co nie oznacza emerytury twórczej. Przemysł filmowy przeniósł się do Warszawy, zlikwidowano Wytwórnię Filmów Fabularnych w Łodzi, a ja wycofałem się z realizacji scenografii filmowej, ponieważ miejscem zamieszkania związany jestem z Łodzią. Przepracowałem w filmie 35 lat, co stanowi jedną trzecią okresu istnienia kinematografii polskiej. Mam nadzieję, że kilka filmów ze zrealizowaną przeze mnie scenografią przetrwa próbę czasu. Przykład ponadczasowości stanowi z pewnością „Stawka większa niż życie”. Współpracowałem przy realizacji scenografii tylko kilku odcinków, nie mniej sprawia mi ogromną satysfakcję, że współtworzyłem film, który stał się niemal kultowym. Łączy wszak tylu sympatyków i fanów, którzy stali się de facto badaczami jego wszelkich aspektów, co odbywa się z zastosowaniem prawie naukowo-detektywistycznych metod, pozwalających dotrzeć do najdrobniejszych szczegółów z historii powstawania filmu.

Gratuluję Panu oraz Pana Koleżankom i Kolegom z Klubu Miłośników Stawki dociekliwości, pasji i jej efektów – a te są znakomite. Nie na darmo strona www.stawkologia.pl ma w swej domenie cząstkę „logia”, pochodzącą od greckiego słowa „logos”, które oznacza „myśl”, „wypowiedź”, „opinię”, „dowód”, „naukę”, „teorię”. Gratuluję również ciekawej graficznie i poważnej merytorycznie strony internetowej.

Być może moje wspomnienia z tamtego okresu nie będą dla sympatyków serialu rewelacją, gdyż są moim zdaniem banalne, nie mniej jednak szczere. Starałem się odgrzebać w pamięci to, co szczególnie zapamiętałem i to, co było dla mnie ważne.

Z poważaniem i pozdrowieniami dla fanów „Stawki”
Bogdan Sölle

PS. Załączam swoje dwa zdjęcia – archiwalne i aktualne. To pierwsze wykonane zostało w 1967 roku w Krakowie, w pierwszym automacie ulicznym przy ul. Sławkowskiej, z którego gremialnie korzystali studenci pragnący za złotówkę zrobić sobie zdjęcie do dyplomu.

BS_5BS_6

Scenograf Bogdan Sölle w 1967 i 2010 roku

© 2019 Shen-Kun - Baca - BoBer. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Projekt strony: Hyh - tworzenie stron.